Aktualny tekścik świąteczny

Boże Narodzenie 2017

Ignacy Gołczan cenił poczucie władzy. Delektował się nim każdej niemalże chwili swego życia. Jeśli akurat nie dominował nad kimś, to wspominał miłe chwile takiej dominacji. Nauczył się wykorzystywać choćby najmniejsze okazje do wywierania na innych presji i podkreślenia własnych przewag. Ot, na przykład owego znaczącego dnia grudnia, gdy na widok zmierzającej do pracy koleżanki przyspieszył kroku tak, by wyprzedzić ją o dobrych dziesięć metrów. Otworzył szeroko drzwi, ale nie przekroczył progu, lecz uprzejmie przytrzymał wcale nie lekkie wrota Urzędu Miasta Le Rouge, jednego z największych marsjańskich grodów, i czekał uśmiechając się szeroko, niby to życzliwie. To, co w wykonaniu każdego innego człowieka stanowiłoby uprzejmy gest, w wykonaniu Ignacego było jedną z gierek w dominację. Nie przytrzymywał drzwi dla zaspokojenia durnej etykiety albo po to, żeby jakiejś babie zrobiło się miło. Specjalnie spieszył się z tym, by nadchodzący miał do pokonania kilka, czasami kilkanaście metrów. Tacy właśnie ludzie, tak mężczyźni jak i kobiety a nawet demony, kosmici i potwory, reagowali w podobny sposób: przyspieszali odruchowo kroku, by nie kazać czekać temu uprzejmemu człowiekowi.

Uśmiechali się mile z wdzięczności, a Ignacy odpowiadał im podobnym na pozór, a przecież zupełnie innym uśmiechem. Triumfował. Oto skłonił, właściwie zmusił kogoś, do działania wedle własnej woli. Co więcej, uczynił to bezkarnie. Ba – jeszcze podziękowano mu za to!

Prawdę mówiąc, Ignacy musiał nauczyć się cieszyć z takich właśnie sukcesów, ponieważ jego rzeczywista władza była dość ograniczona. Należał do armii trzech tysięcy urzędników trzeciego stopnia zatrudnionych w Urzędzie Miasta La Rouge i zajmował się głównie odpowiadaniem na pisma dotyczące pasjonującego tematu sortowania piachu. Na szczęście dla siebie i z tej pracy potrafił czerpać poczucie władzy. Oto zwlekał z odpowiedziami do ostatniej chwili (a czasem nawet ją przekraczał), co dziesiąte pismo załatwiając odmowną supozycją. Pozostałych dziewięć odsyłał do wydziałów i referatów, które choćby pozornie miały coś wspólnego z tematem (na przykład ich nazwa zaczynała się na tę samą literę alfabetu, co pierwsze zdanie pisma) domagając się od nich stanowczo opinii. W referatach tych trafiony takim poleceniem urzędnik naturalnie wpadał we wściekłość, co czasem oznaczało, że również zwlekał z odpowiedzią. Tak, czy inaczej, musiał jakoś odnieść się do zaleceń Ignacego, a to oznaczało, że dawał mu się zdominować.

W każdym razie zdaniem Ignacego.

Ze swojej skąpej pensji Gołczan zatrudniał gosposię, na którą prawdę mówiąc nie było go stać i która nie miała u niego nic do roboty. Chochlicza kobieta stawiała się więc u niego trzy raz w tygodniu wyłącznie po to, by wysłuchać jego poleceń okraszanych przemowami na temat stanu wszechświata (który, zdaniem Ignacego był szalenie nieuporządkowany). Sprzątać w ciasnej izbie nie mogła, ponieważ Ignacy uważał iż choćby dotknięcie jakiejkolwiek należącej do niego rzeczy oznaczałoby naruszenie jego władzy i próbę narzucenia mu własnej. Przecież musiałby sięgnąć, na przykład po wyprasowaną koszulę tam, gdzie ktoś inny by ją położył – to oznaczałoby poddanie się cudzej dominacji!

Także gotował sobie sam, z podobnych powodów.

Podczas zakupów srożył się na ekspedientki celowo nakazując im trzy razy wybierać jeszcze właściwsze owoce czy te strzępy mięsa, na które było go stać. Dzięki temu nie tylko zarządzał sprzedawczyniami, ale jeszcze dominował nad poirytowanymi ludźmi stojącymi za nim w kolejce. Choć więc jadał byle jak i byle co, to jednak każdy posiłek sprawiał mu niezwykłą satysfakcję.

Nie inaczej było i z wieczerzą wigilijną, którą Ignacy jadał zawsze samotnie. Wedle własnego przekonania czynił tak nie dlatego, że nie znalazłby nikogo dla towarzystwa, lecz by bronić się przed zniewoleniem narzucanym przez tradycję. Z tego samego powodu zamiast świątecznego karpia spożywał ananasa a w miejsce barszczu z uszkami jadł rosół z oczkami tłuszczu. By zaś nie wręczać nikomu prezentów, gdy tylko na niebie rozbłysła pierwsza świąteczna gwiazdka wybiegał zamaskowany na ulicę, by coś komuś odebrać grożąc bronią.

Kończył akurat przełykać ostatnią łyżkę niezbyt smacznego rosołu (Ignacy, co oczywiste, nie poddawał się tyranii przepisów kulinarnych), gdy ktoś zastukał do jego drzwi.
Zamarł. Nie cierpiał takich sytuacji. Po pierwsze nie oczekiwał żadnych gości – przeciwnie, wywiesił na drzwiach kartkę zawierającą jednoznaczną treść: „Nie przeszkadzać. Nie ma mnie. Won!”. Po drugie odpowiedzenie na czyjeś pukanie oznaczałoby poddanie się woli pukającego. O ile sam Ignacy pukał namiętnie do każdych drzwi, do których mógł, o tyle sam na czyjeś stukanie nie odpowiadał nigdy. Postanowił więc ignorować niechcianego niespodziewanego gościa, dla którego, co oczywiste, i tak nie zostawił dodatkowego nakrycia. Zaczął się nawet cieszyć, że gdy natręt odejdzie, wykona tym samym polecenie Ignacego zapisane a kartce przy użyciu trzech liter układających się w cudowne słowo: „won”, gdy pukanie rozległo się ponownie.
Rozważał, czy nie udać, że go nie ma. Odrzucił ten pomysł natychmiast. To także oznaczałoby poddanie się czyjejś dyktaturze. Zamiast więc zachować ciszę, wysiorbał ostatnią łyżkę rosołu, następnie szurając ponad miarę odsunął krzesło i tupiąc z całych sił ruszył z talerzem w kierunku umywalki.

– No cóż, do trzech razy sztuka – wywarczał ktoś po drugiej stronie drzwi i zastukał jeszcze raz.

Przepłukując talerz Ignacy zastanawiał się nad następnym posunięciem. Czy powinien odczekać, aż nieznajomy zacznie odchodzić, a wtedy otworzyć drzwi i zawołać: „czego tam?”, by wymusić na natręcie zatrzymanie się i odwrócenie ku Ignacemu? Byłaby to niewątpliwie chwila triumfu. Z drugiej jednak strony, wstrętny nieproszeniec poniekąd osiągnął by w ten sposób swój cel i zmusił Ignacego do reakcji. Nie, zdecydowanie lepiej odczekać aż pójdzie sobie w cholerę. Będzie to nie tylko praktyczne, ale też wspaniale antyświąteczne.

Znacznie podniesiony na duchu tą myślą Ignacy odstawił ociekający wodą talerz na biblioteczkę po czym ruszył w kierunku skrzyni, w której ukrywał maskę na twarz, czarną pelerynę oraz pistolet. Już się ku nim pochylał, kiedy potężny kopniak wysadził drzwi do jego mieszkania z zawiasów, zmieniając je przy okazji w chmurę drzazg.
Z chmury owej wyłonił się Święty Mikołaj w towarzystwie anioła.

Tak w każdym razie mogło się wydawać na pierwszy rzut oka. Zanim spostrzegło się, że Mikołaj miał wprawdzie brodę, ale z tych rozbójniczych, oraz gębę wyglądającą raczej srogo niż życzliwie. Mimo to dałoby się, od biedy, przyjąć jego mikołajowość ze względu na czerwony płaszcz i takiegoż koloru czapę z pomponem, choć czerwień należała do krwistych a nie radosnych. Dałoby się, gdyby nie anioł. Ignacemu zdarzało się widywać rozmaite wizerunki anielskie. Bywały wśród nich anioły męskie, kobiece i bezpłciowe. Łagodne, pulchne i przypominające amory, posągowo poważne bądź spoglądające srogo i uzbrojone w miecz. Nigdy jednak nie widział dotąd anioła czarnego, z dłońmi zakończonymi szponami i z piekielnymi błyskami w oczach czarniejszych niż sny szatanów.

– Ho! Ho! Ho! – zazgrzytał zębami Mikołaj. – I cóż my tu mamy?
– Ja sobie stanowczo wypraszam! – zawołał Ignacy. – Stanowczo wypraszam sobie nachodzenie w Święta, w dodatku w świątecznym stroju! I w ogóle poszli won!
Ponieważ ani Mikołaj ani Anioł – anielica, jak zdążył się zorientować, gdy czarna postać z krwawą aureolą nad głową wyłoniła się zza pleców świętego – nie wydawali się nim przejmować, Ignacy wyszarpnął ze skrzyni pistolet, odbezpieczył broń i wycelował w Mikołaja.

Strzelić nie zdążył, bo anioł okazał się piekielnie szybki.
– Ignacy Gołczan – zameldowała anielica przyciskając Ignacego do podłogi całym ciężarem swego całkiem powabnego ciała, gdy już podarowała mu świąteczne podcięcie nóg, cios w żołądek i drugi, serdeczny, w szczękę. – Urzędnik trzeciego stopnia, menda. Gdyby mógł, zostałby krwawym dyktatorem, ale brakuje mu ku temu umiejętności. Wyżywa się na ludziach, przeciąga procedury i ma duszę czarniejszą od przekonań Szulera. Psuje ludziom życie jak tylko potrafi. Łajdak. Należy mu się rózga.
– Żadnych rózg! – zaprotestował słabo Ignacy, dziwiąc się równocześnie, że ktoś może pachnieć równocześnie piekielnie i pociągająco. – Nie uznaję Świąt!
– Ignacy? – Mikołaj, potężny i barczysty, pochylił się nad gospodarzem i wyciągnął go jednym szarpnięciem spod anielicy. – Łajdak z ciebie i szuja. Przybyłem ci pokazać twoje tegoroczne i przyszłe Boże Narodzenie. A jeśli bardzo mnie wkurzysz, to postaramy się z moim kochaniem tak, że może nawet i przeszłe.

A potem sprawił Ignacemu taki łomot, jakiego żaden urzędnik, dowolnego stopnia, nie zaznał w życiu.

Pięć minut a może całą wieczność później Ignacy nadal leżał na podłodze choć nikt go już do niej nie dociskał. Bolały go nawet te komórki ciała, które zdążyły przejść do historii. Nawet jego sińce miały sińce. A kości ostrzegały, że planują przeniesienie się w jakieś spokojniejsze miejsce. Na przykład do schroniska dla psów.

– To był duch tegorocznych Świąt – oznajmił Mikołaj zapalając cygaro. – Jak się nie zmienisz, przyszłoroczne będą takie same. A może lepsze, bo przyprowadzimy Burzymura. Dla niego tacy jak ty to burżuje najgorszego rodzaju. Siepacze systemu, rozumiesz?

Ignacy bardzo pragnął zapewnić, że owszem, rozumie, ale ani jego wargi ani język nie doszły jeszcze do siebie.

– Ujmę to tak – anielica schyliła się, by spojrzeć ofierze prosto w oczy. – Jeżeli sądzisz, że teraz cię boli, to znaczy, że twoja wyobraźnia w dziedzinie tortur jest jeszcze słabo rozwinięta. A zapewniam cię, że moja… Och, nie zna ograniczeń! Do dziś byłeś świnią, Ignaś. Ale od dziś się to zmieni. Nie musisz potwierdzać, ja to wiem. Bo jeśli nie… – Uśmiechnęła się filuternie, mrugnęła zalotnie. – Oj Ignaś, chłopczyku, jeśli nie, to my tu do ciebie wrócimy. Przekonasz się, że bycie dobrym człowiekiem jest fajne.
Poderwała się wdzięcznie, jednym susem dopadła Mikołaja, objęła go i pocałowała. Oznajmiła, że ich praca na dziś dobiegła końca, co Mikołaj przyjął z wyraźną ulgą. Objęci wyszli oboje na korytarz zostawiając za sobą Ignacego usiłującego wymamrotać przez poobijane wargi, że już będzie grzeczny, że będzie bezsprzecznie dobrym człowiekiem i naprawdę nie muszą go odwiedzać. Bo zaszczepili w nim ducha Świąt na wieki.

*

– Naprawdę musieliśmy tracić czas na to coś? – marudził jak zwykle w Święta Kutrzeba, gdy spacerowym krokiem szli ze Zmorą w świetle obowiązkowo gazowych o tej porze roku latarni, wśród miękkiego śnieżnego puchu spadającego z marsjańskiego nieba dzięki gwarancji świątecznego cudu meteorologicznego. – Mogliśmy obalić jakiegoś dyktatora, schwytać seryjnego mordercę, albo nauczyć moresu gangsterów bez zasad. A ty uparłaś się zasiać bojaźń bożą w urzędasie.
Odkąd wytłumaczyli Zmorze czym są Święta i duch Bożego Narodzenia na tyle skutecznie, że zaczęła się nimi przejmować, demonka zrobiła się na tych kilka dni w roku nieznośna. Jakby ów świąteczny duch opętywał ją co roku i zmuszał do robienia dobrych uczynków. Pojmowanych na sposób demonii, toteż nie rozdawali z Kutrzebą jadła potrzebującym ani nie uganiali się po poznanym wszechświecie w poszukiwaniu tej durnej dziewczynki z zapałkami co roku próbującej zamarznąć na coraz to zimniejszej lodowej planecie. Niemniej, jak podejrzewał Kutrzeba, nawet w domu prawdziwego Świętego Mikołaju nie panowała tak świąteczna atmosfera jak u Zmory i Mirka. Choinek demonica zawsze ubierała siedem. Dom tonął w wielobarwnych łańcuchach i anielskim włosiu. A kolędy musiały śpiewać nawet sztućce.
– Zło to zło – odparła Zmora wesoło. – Małe, czy wielkie pozostaje złem. A my jesteśmy pasterze, co przybywają, dzieciąteczku śpiewają i odmieniają ludzkie dusze. Czynimy ze zła dobro. A teraz spieszmy się, bo już pewnie na nas czekają z wieczerzą!
– Pewnie czekają – mruknął Kutrzeba trochę zmęczony a trochę zadowolony z faktu, że Zmora upierała się, by co roku wydawali przyjęcie dla wszystkich przyjaciół, żywych i umarłych, twardoświatowych i namalowanych. Ludzi, demonów i kosmitów. Tych co się urodzili, zostali przywołani albo nawet i zmyśleni.
Dla wszystkich ich i Was, pod wszystkimi niebami świata – Wesołych Świąt!

 

Boże Narodzenie 2016
Aż noc się zrobiła jak dzień jasna

Zima spadała na Kraków jak wojna. Ciężkie, nisko lecące nad dachami chmury nie sypały śniegiem, lecz bombardowały domy i ludzi zbitymi w gniewne kule płatkami. Mróz ściął ulice, wgryzł się w szyby, a okna zmienił w groźne paszcze szczerzące z każdym dniem dłuższe sople. Ludzie chowali się przed atakami po domach, barykadowali wszelkie szczeliny, przez które mogło uciekać ciepło cenniejsze teraz od srebra. A także przypuścili szturmy na sklepy, gdy po całym mieście rozeszła się plotka, że przez zaspy na drogach Kraków został odcięty od dostaw żywności. Początkowo cierpliwie stawali w kolejkach. Nawet, gdy zaczęli pomrukiwać gniewnie, nic nie zapowiadało jeszcze zamieszek. Ale w pewnym momencie ktoś z odległego końca kolejki zawołał: „A jak dla nas nie starczy?”. Większość mieszkańców Krakowa pamiętała głód czasów niedawnej przecież wojny. I wiedziała, że należy walczyć o przeżycie.

Te sklepy, które jakimś cudem nie zostały splądrowane podczas pierwszych trzech dni przedświątecznych zamieszek, zmieniła się w ufortyfikowane twierdze.

A cała policja została skierowana na ulice. Nawet ubierający się zwykle po cywilnemu członkowie specjalnej jednostki do spraw przestępstw niezwykłych tym razem wcisnęli się w mundury. Podkomisarzowi Brumikowi bardzo się to podobało. Mundur, w jego przekonaniu, podkreślał przynależność do wielkiej policyjnej rodziny, wzmacniał poczucie wspólnoty.

Sierżant Korycki miał na ten temat nieco inne zdanie.

  • Wesołych Świąt, skurkowańcy! – ryknął wybijając rytm „Przybieżeli…” na szczęce grubasa próbującego sforsować barykadę delikatesów na rogu ulic Stradom i Dietla.
  • Bracia, patrzcie jeno! – Jęknął towarzysz grubasa. – Trzasnął go prosto w wardżeczki!
  • Ano, ululał jak Jezuska – stęknął drugi z napastników, przygnieciony ciężarem znokautowanego. – Pryskamy!
    I pryśli jak sen złoty.
  • Wardżeczki? – zdziwił się Brumik, jak zwykle przypatrujący się brutalnej skuteczności podwładnego ze smutkiem. – To jakaś lokalna gwara?
  • Dalszy wers „Lulajże Jezuniu” – wyjaśnił Korycki zatrzaskując ciężkie, żelazne wrota. – Normalni ludzie nie pamiętają więcej niż dwóch, trzech zwrotek kolęd. Ale w Krakowie na Święta te cholerne pieśni opętują co poniektórych. I wtedy znają wszystkie, do ostatniej linijki. No, na dziś mamy już chyba spokój.

Usiedli zmęczeni przy półce z drewnianymi dziadkami do orzechów wyrzeźbionymi wedle najnowszej mody tak, by przypominały najpopularniejszych bohaterów odradzającego się kina. W efekcie wszystkie wyglądały jak Skrzetuski. Robiono je wprawdzie i w formatach Bohuna, Podbipięty oraz Wołodyjowskiego i Zagłoby, ale tamte sprzedały się od ręki. A nieszczęsny Skrzetuski został.

  • Przydałby się tu Strzelbicki – westchnął Brumik.

I w tym przypadku Korycki nie zgadzał się z przełożonym. Były krakowski kat mógłby przecież przylecieć z toporem zamiast policyjnej pałki. A znając ożywieńca, byłby to pewnie topór nawiedzony.

Poza tym, Korycki zamknął Strzelbickiego w piwnicy i stanowczo zabronił się z niej ruszać. A wszystko to przez sprawę tajemniczego zboczeńca, który nieco ponad dwa tygodnie wcześniej napastował krakowskie mieszczki. Ponieważ o napastowaniu donosili wyłącznie zdegustowani mężowie, szefostwo policji uznało, iż jest w sprawie coś niezwykłego i przekazało sprawę do odpowiedniej jednostki. Brumik skupił się na przesłuchiwaniu świadków. Korycki wysłuchał tylko jednej z pokrzywdzonych. Skrzywił się, przewrócił oczami, a potem przygotował policyjną prowokację.

Ściągnął w tym celu spod Hotelu Francuskiego pewną Mariolkę, która dopiero rozpoczynała w Krakowie karierę ulicznej madonny. Przebrał ją w porządne ciuchy, po czym uroczyście wprowadził do mieszkania przejętego niedawno po pewnym nielegalnym czarowniku. Opłacone przez sierżanta urwisy rozpuściły wieści, że oto przy ulicy Szpitalnej zamieszkała wdowa po generale poległym w walkach na wschodzie z Wiekuistą Puszczą.
Korycki czekał w ukryciu dwie doby. Ale opłaciło się.

  • Ho Ho Ho! – zadudniło drugiej nocy w kominku. – Ho ho ho!

Potem wielkie cielsko rymsnęło z hukiem, a popiół wypełnił wnętrze całego mieszkania. Przebudzona Mariolka zaczęła wrzeszczeć, ale że okazała się jedną z osób podatnych na muzyczne opętanie, zamiast wezwań pomocy wyszło jej niesprawne, bo na jeden głos wykrzyczane: „Niebogoreje, znać, że coś się dzieje!”. Więcej wykrzyczeć nie zdołała, bo unoszący się w powietrzu popiół przyprawił ją o atak kaszlu. Gdy zaś pył opadł, nie krzyczała, bo zabrakło jej z wrażenia tchu.

Pośrodku salonu stał Święty Mikołaj. Spodnie i kurtę miał czerwone, podobnie jak kaptur. Ten ostatni wydał się nieco mniej świętomikołajowy, nie posiadał bowiem białego pompona, ale coś, co wyglądało jak wycięte otwory na oczy. No i zakrywał Mikołajowi całą twarz.

  • Ho Ho Ho – ryknął Mikołaj. – Byłaś grzeszna miła panno?
  • Chyba: „grzeczna”? – bąknęła „wdowa” zarumieniona z wrażenia, bo spodnie Mikołaj miał skórzane i ciasno opinające ciało, tak, że pewne atrybuty świętego prezentowały się aż nadto wyraźnie.
  • Jeden pies! – huknął Mikołaj, prędkim susem dopadł dziewczyny, przyciągnął do siebie i pocałował długo a mocno.
  • Och! – szepnęła długie sekundy potem, gdy magicznym sposobem znaleźli się na sofie, a ona miała na sobie znacznie mniej ubrania niż jeszcze przed chwilą.
  • Mam dla ciebie prezencicho! – zawołał Mikołaj, także z siebie zdzierając co nieco.
  • Och! – powtórzyła. – Ja ci z serca ochotnego… O Boże! – jęknęła przeciągle.
  • Przykro mi to przerywać – odezwał się Korycki wyłaniając się z ukrycia. – Ale wszystko to jakieś popieprzone. To nie jest strój Świętego Mikołaja, tylko katowski. Prezenty… No tak, należą do tradycji, ale u licha, nie takie prezenty!
  • Ale tu się spełnia cud! – zaprotestowała Mariolka, zasmucona, że policjant odciągał od niej Mikołaja.
    Korycki nie zwracał na nią uwagi. Zdarł Mikołajowi maskę z twarzy. I zaklął.
  • Tego się obawiałem! – mruknął.
  • Po pierwsze nie robię nic złego – zaczął prędko tłumaczyć się Strzelbicki. – A w dodatku robię to w szczytnych intencjach.
  • To robisz, czy nie robisz?
  • Nie robię nic złego, a dobre robię w szczytnych intencjach. Tak sobie pogłówkowałem, że przez tę wojnę ludzie potrzebują dobrych wzorców, nie? To tez nasza policyjna robota, dawać dobre wzorce. Nasz komisarz tak mówił!
  • Pierwszy raz widzę, że przejmujesz się gadaniem Brumika.
  • Jak gada z sensem to się przejmuje. A że nieczęsto mu się to zdarza, to inna rzecz. Ale kombinowałem dalej, wyszło mi, że coś może być w tym, że Święty Mikołaj nosi te same kolory, co i ja. A że go tu nie ma, bo pędzi wilcze stada na Ukrainie, to postanowiłem, że ta nasza wspólna czerwień to znak. I że ja go muszę zastąpić. W ukryciu, oczywiście. No i zostałem zamaskowanym świętym bohaterem. Dzięki mnie ludzie znów zaczynają wierzyć w dobrego Świętego Mikołaja. Same korzyści.
  • Wzruszyłbym się, gdyby nie rodzaj prezentów, jaki wybrałeś. Przy okazji, naciągnij już te spodnie. Mnie się twoja nastroszona choinka nie podoba.
  • O, przepraszam, dzieciom przynosiłem zabawki! A jak wpadłem na jakąś mamę albo dwie, to przecież nie mogłem ich zostawić z pustymi, tego, rękami. Skarżyła się jakaś?
  • One nie – przyznał Korycki. – Słuchaj, panie zamaskowany bohaterze, zamknąć cię nie zamknę. Ale szósty grudnia minął trzy dni temu. Kończysz ze swoją działalnością charytatywną. A żebym miał pewność, do Nowego Roku nie wyłazisz z piwnicy. Inaczej skończy się twoja kariera w policji. Zrozumiano?
  • Tajest – przytaknął smętnie bohater. – Nie podoba ci się, że czynię ludzi szczęśliwymi. Nie czujesz ducha Świąt, sierżancie.
  • A ja? – pisnęła wciąż leżąca na sofie Mariolka. – A ja bym mogła poczuć? Ten jeden raz?
    Spojrzeli na nią obaj.
  • Ten jeden raz – zdecydował wreszcie Korycki. – Wesołych Świąt, wy…
    Nie dokończył. Machnął ręką.
  • Natychmiast pastuszy spieszą z całej duszy! – zawołał wesoło Strzelbicki i zabrał się do roboty, obdarowując Mariolkę prezentami jak tylko najpiękniej potrafił. A ona odpłaciła mu się tym samym.

Jeszcze schodząc po schodach Strzelbicki słyszał, jak sobie wspólnie kolędowali.

Boże Narodzenie 2015

Grudzień 1969, starego kalendarza, 54 rok Kresu, siedemnasty rok Pokoju. Środa.

Dwóch mężczyzn siedzących przy latarence święcącej zimnym niebieskim płomykiem. I pełna szeptów ciemność wokół nich.
– Wiesz jaki dziś dzień? – zapytał ten większy, właściwie ogromny, wydawało się, że jego ciało nie mieści się w baranim kożuchu i rozerwie go na strzępy. I on twarz skierowaną miał ku światełku, choć chyba nie mógł go zobaczyć, bo oczy przesłaniała mu czarna przepaska.
– Środa? – rzucił niższy, choć przecież też nie ułomek. Ogrzewał dłonie nad latarnią. – Tak, strzelam.
– Środa – parsknął wielki. – Oj, Mirku.
Zamilkli. A światełko w latarence wzięło z nich przykład i przygasło. Nazwany „Mirkiem” postukał lekko w szybkę latarenki, by rozbudzić zamknięty w niej błędny ognik.
– Rozpalilibyście ognisko, a mnie dali spać! – warknął rozeźlony duszek.
– Ognisko? Tutaj? – Mirek uśmiechnął się krzywo. – Ona nienawidzi ognia. Świeć, grzej i nie gadaj.
– Świeć! Grzej!– ognik splunął błękitną iskrą. – Trzeba było sobie złapać ducha wulkanu, a nie mnie!
– To zapłata za robotę. Pamiętasz?
– Zapłata! Tysiąc razy spłaciłem już swój dług! Cholera, gdybym wiedział, że gdy mówiłeś: „będziemy potrzebowali nieco światła” miałeś na myśli pieprzoną wyprawę do pieprzonej Wiekuistej Puszczy, od razu sam bym się wygasił. Wskoczyłbym pod pieprzony wodospad!
– Lepiej uważać tu na język. Ona nie lubi przekleństw.
– Taaak? Ona nic nie lubi! – ognik rozeźlił się nie na żarty, co nie powinno dziwić w przypadku osoby o z natury zapalczywym charakterze. – Trzeba się tu było nie pchać. A teraz możecie mi wszyscy naognić! I Wiekuista Też!
– No! – teraz zdenerwował się nawet wielki ślepiec. – Uważaj!
– Bo co? Co mi zrobicie? Co mi zrobi ten wyrośnięty zagajnik? Ja nie gasnę, trzęsiecie portami, bo macie powód! Ale ja nie jestem jakimś człowiekiem albo hodowlaną supermocą. Mogę tu spokojnie zamieszkać na bagnach! I niech mnie zacieni, jeśli będę się przejmował waszym gadaniem!
– Nie wiesz na co ją stać – zawarczał ślepiec.
– A wy nie wiecie na co stać mnie! – zaperzył się ognik.
I powiedziałby pewnie coś więcej, ale Mirek uniósł ostrzegawczo rękę.
– Wszystko ucichło! – był wyraźnie zaniepokojony. – Wszystkie te głosy z ciemności…
W tej właśnie chwili wróciły. Ale już nie jako tysiące szeptów i szelestów, niepokojących trzasków, popiskiwań i okrzyków nocnych stworzeń. Ale jako jeden głos, w którym zawierały się one wszystkie.
A UMIESZ TAK, MAŁY KUZYNIE?
– zapytał cały las wokół nich.
Głos nie dobywał się z jednego miejsca, ale zewsząd, jakby wydały go z siebie wszystkie drzewa równocześnie, jakby przyniósł go wiatr nadwiewający z całej Puszczy w to jedno miejsce, jakby wykrzyczały go wszystkie zwierzęta i nocne duchy.
A zaraz za nim przyszło nie mniej wszechobecne światło.
Kropelki wody spłynęły liśćmi i rozbłysły otaczając każdy z nich lśniącą na dziesiątki kolorów poświatą. Błędne ogniki nadleciały z bagien i zawirowały w koronach drzew z duszami wszystkich zwierząt, jakie kiedykolwiek żyły i umierały w Wiekuistej Puszczy. Blade widmowe ogniska wystrzeliły nagle w śladach po ludzkich siedzibach pożartych przed laty przez las.
Światło objawiające się tysiącami barw i odcieni opanowało Puszczę.
DZIŚ MOŻECIE Z NAMI ŚWIĘTOWAĆ.
Oznajmił las i tak jak przed chwilą światłem, tak teraz rozbłysnął śpiewem swoich mieszkańców.
– Co to jest? – pisnął ognik zamknięty w latarni. – Zabije nas? Ja tylko żartowałem! Hej, jestem cywilizowanym ognikiem. Mieszkam pod Krakowem i nie wiem, czy…
– Zamknij się, mały. – odezwał się ślepiec zaskakująco łagodnym tonem. – Ona nic ci dziś nie zrobi. Po pierwsze otrzymaliśmy immunitet na tę wyprawę, po drugie dziś każdy byłby tu bezpieczny, jak sądzę.
– A dlaczego dziś? Co to za dzień?
– Środa – prychnął Mirek.
– Oj, Mirku.
– No co? Chyba nie sądzisz, że akurat Wiekuista Puszcza jest chrześcijanką?
– A czemu nie? – wzruszył ramionami ślepiec.
– No ale co to za dzień? – zirytował się ognik. – Że środa? Że ona tak co środę?
Śmiech dotarł do nich ze wszystkich stron.
TO NIE DZIEŃ, TO NOC. – oznajmił las. – NOC, PODCZAS KTÓREJ LUDZIE CZCILI DRZEWO. UBIERALI JE STROJNIE I SKŁADALI MU DARY. ŚWIĘTUJCIE!
– Dość szczególna interpretacja choinki – dopiero po dłuższej chwili odezwał się Mirek.
– Każdy widzi świat jak chce – odparł ślepiec. – Ty też, Mirku.
Mirek nie odpowiedział. Siedzieli więc w milczeniu przyglądając się odmienionej Wiekuistej Puszczy.
Dwóch mężczyzn przy latarence święcącej zimnym niebieskim płomykiem. I pełna śpiewów jasność wokół nich.
I błędny ognik, który po zastanowieniu zajaśniał szczególnie mocno i zawołał:
– To tego… Wesołych Świąt, co?

Świat Kresu i tego, co nastąpiło po nim. Rzeczywistość Pokoju Światów.

%d blogerów lubi to: