Aktualny tekścik świąteczny

Aż noc się zrobiła jak dzień jasna

Zima spadała na Kraków jak wojna. Ciężkie, nisko lecące nad dachami chmury nie sypały śniegiem, lecz bombardowały domy i ludzi zbitymi w gniewne kule płatkami. Mróz ściął ulice, wgryzł się w szyby, a okna zmienił w groźne paszcze szczerzące z każdym dniem dłuższe sople. Ludzie chowali się przed atakami po domach, barykadowali wszelkie szczeliny, przez które mogło uciekać ciepło cenniejsze teraz od srebra. A także przypuścili szturmy na sklepy, gdy po całym mieście rozeszła się plotka, że przez zaspy na drogach Kraków został odcięty od dostaw żywności. Początkowo cierpliwie stawali w kolejkach. Nawet, gdy zaczęli pomrukiwać gniewnie, nic nie zapowiadało jeszcze zamieszek. Ale w pewnym momencie ktoś z odległego końca kolejki zawołał: „A jak dla nas nie starczy?”. Większość mieszkańców Krakowa pamiętała głód czasów niedawnej przecież wojny. I wiedziała, że należy walczyć o przeżycie.

Te sklepy, które jakimś cudem nie zostały splądrowane podczas pierwszych trzech dni przedświątecznych zamieszek, zmieniła się w ufortyfikowane twierdze.

A cała policja została skierowana na ulice. Nawet ubierający się zwykle po cywilnemu członkowie specjalnej jednostki do spraw przestępstw niezwykłych tym razem wcisnęli się w mundury. Podkomisarzowi Brumikowi bardzo się to podobało. Mundur, w jego przekonaniu, podkreślał przynależność do wielkiej policyjnej rodziny, wzmacniał poczucie wspólnoty.

Sierżant Korycki miał na ten temat nieco inne zdanie.

  • Wesołych Świąt, skurkowańcy! – ryknął wybijając rytm „Przybieżeli…” na szczęce grubasa próbującego sforsować barykadę delikatesów na rogu ulic Stradom i Dietla.
  • Bracia, patrzcie jeno! – Jęknął towarzysz grubasa. – Trzasnął go prosto w wardżeczki!
  • Ano, ululał jak Jezuska – stęknął drugi z napastników, przygnieciony ciężarem znokautowanego. – Pryskamy!
    I pryśli jak sen złoty.
  • Wardżeczki? – zdziwił się Brumik, jak zwykle przypatrujący się brutalnej skuteczności podwładnego ze smutkiem. – To jakaś lokalna gwara?
  • Dalszy wers „Lulajże Jezuniu” – wyjaśnił Korycki zatrzaskując ciężkie, żelazne wrota. – Normalni ludzie nie pamiętają więcej niż dwóch, trzech zwrotek kolęd. Ale w Krakowie na Święta te cholerne pieśni opętują co poniektórych. I wtedy znają wszystkie, do ostatniej linijki. No, na dziś mamy już chyba spokój.

Usiedli zmęczeni przy półce z drewnianymi dziadkami do orzechów wyrzeźbionymi wedle najnowszej mody tak, by przypominały najpopularniejszych bohaterów odradzającego się kina. W efekcie wszystkie wyglądały jak Skrzetuski. Robiono je wprawdzie i w formatach Bohuna, Podbipięty oraz Wołodyjowskiego i Zagłoby, ale tamte sprzedały się od ręki. A nieszczęsny Skrzetuski został.

  • Przydałby się tu Strzelbicki – westchnął Brumik.

I w tym przypadku Korycki nie zgadzał się z przełożonym. Były krakowski kat mógłby przecież przylecieć z toporem zamiast policyjnej pałki. A znając ożywieńca, byłby to pewnie topór nawiedzony.

Poza tym, Korycki zamknął Strzelbickiego w piwnicy i stanowczo zabronił się z niej ruszać. A wszystko to przez sprawę tajemniczego zboczeńca, który nieco ponad dwa tygodnie wcześniej napastował krakowskie mieszczki. Ponieważ o napastowaniu donosili wyłącznie zdegustowani mężowie, szefostwo policji uznało, iż jest w sprawie coś niezwykłego i przekazało sprawę do odpowiedniej jednostki. Brumik skupił się na przesłuchiwaniu świadków. Korycki wysłuchał tylko jednej z pokrzywdzonych. Skrzywił się, przewrócił oczami, a potem przygotował policyjną prowokację.

Ściągnął w tym celu spod Hotelu Francuskiego pewną Mariolkę, która dopiero rozpoczynała w Krakowie karierę ulicznej madonny. Przebrał ją w porządne ciuchy, po czym uroczyście wprowadził do mieszkania przejętego niedawno po pewnym nielegalnym czarowniku. Opłacone przez sierżanta urwisy rozpuściły wieści, że oto przy ulicy Szpitalnej zamieszkała wdowa po generale poległym w walkach na wschodzie z Wiekuistą Puszczą.
Korycki czekał w ukryciu dwie doby. Ale opłaciło się.

  • Ho Ho Ho! – zadudniło drugiej nocy w kominku. – Ho ho ho!

Potem wielkie cielsko rymsnęło z hukiem, a popiół wypełnił wnętrze całego mieszkania. Przebudzona Mariolka zaczęła wrzeszczeć, ale że okazała się jedną z osób podatnych na muzyczne opętanie, zamiast wezwań pomocy wyszło jej niesprawne, bo na jeden głos wykrzyczane: „Niebogoreje, znać, że coś się dzieje!”. Więcej wykrzyczeć nie zdołała, bo unoszący się w powietrzu popiół przyprawił ją o atak kaszlu. Gdy zaś pył opadł, nie krzyczała, bo zabrakło jej z wrażenia tchu.

Pośrodku salonu stał Święty Mikołaj. Spodnie i kurtę miał czerwone, podobnie jak kaptur. Ten ostatni wydał się nieco mniej świętomikołajowy, nie posiadał bowiem białego pompona, ale coś, co wyglądało jak wycięte otwory na oczy. No i zakrywał Mikołajowi całą twarz.

  • Ho Ho Ho – ryknął Mikołaj. – Byłaś grzeszna miła panno?
  • Chyba: „grzeczna”? – bąknęła „wdowa” zarumieniona z wrażenia, bo spodnie Mikołaj miał skórzane i ciasno opinające ciało, tak, że pewne atrybuty świętego prezentowały się aż nadto wyraźnie.
  • Jeden pies! – huknął Mikołaj, prędkim susem dopadł dziewczyny, przyciągnął do siebie i pocałował długo a mocno.
  • Och! – szepnęła długie sekundy potem, gdy magicznym sposobem znaleźli się na sofie, a ona miała na sobie znacznie mniej ubrania niż jeszcze przed chwilą.
  • Mam dla ciebie prezencicho! – zawołał Mikołaj, także z siebie zdzierając co nieco.
  • Och! – powtórzyła. – Ja ci z serca ochotnego… O Boże! – jęknęła przeciągle.
  • Przykro mi to przerywać – odezwał się Korycki wyłaniając się z ukrycia. – Ale wszystko to jakieś popieprzone. To nie jest strój Świętego Mikołaja, tylko katowski. Prezenty… No tak, należą do tradycji, ale u licha, nie takie prezenty!
  • Ale tu się spełnia cud! – zaprotestowała Mariolka, zasmucona, że policjant odciągał od niej Mikołaja.
    Korycki nie zwracał na nią uwagi. Zdarł Mikołajowi maskę z twarzy. I zaklął.
  • Tego się obawiałem! – mruknął.
  • Po pierwsze nie robię nic złego – zaczął prędko tłumaczyć się Strzelbicki. – A w dodatku robię to w szczytnych intencjach.
  • To robisz, czy nie robisz?
  • Nie robię nic złego, a dobre robię w szczytnych intencjach. Tak sobie pogłówkowałem, że przez tę wojnę ludzie potrzebują dobrych wzorców, nie? To tez nasza policyjna robota, dawać dobre wzorce. Nasz komisarz tak mówił!
  • Pierwszy raz widzę, że przejmujesz się gadaniem Brumika.
  • Jak gada z sensem to się przejmuje. A że nieczęsto mu się to zdarza, to inna rzecz. Ale kombinowałem dalej, wyszło mi, że coś może być w tym, że Święty Mikołaj nosi te same kolory, co i ja. A że go tu nie ma, bo pędzi wilcze stada na Ukrainie, to postanowiłem, że ta nasza wspólna czerwień to znak. I że ja go muszę zastąpić. W ukryciu, oczywiście. No i zostałem zamaskowanym świętym bohaterem. Dzięki mnie ludzie znów zaczynają wierzyć w dobrego Świętego Mikołaja. Same korzyści.
  • Wzruszyłbym się, gdyby nie rodzaj prezentów, jaki wybrałeś. Przy okazji, naciągnij już te spodnie. Mnie się twoja nastroszona choinka nie podoba.
  • O, przepraszam, dzieciom przynosiłem zabawki! A jak wpadłem na jakąś mamę albo dwie, to przecież nie mogłem ich zostawić z pustymi, tego, rękami. Skarżyła się jakaś?
  • One nie – przyznał Korycki. – Słuchaj, panie zamaskowany bohaterze, zamknąć cię nie zamknę. Ale szósty grudnia minął trzy dni temu. Kończysz ze swoją działalnością charytatywną. A żebym miał pewność, do Nowego Roku nie wyłazisz z piwnicy. Inaczej skończy się twoja kariera w policji. Zrozumiano?
  • Tajest – przytaknął smętnie bohater. – Nie podoba ci się, że czynię ludzi szczęśliwymi. Nie czujesz ducha Świąt, sierżancie.
  • A ja? – pisnęła wciąż leżąca na sofie Mariolka. – A ja bym mogła poczuć? Ten jeden raz?
    Spojrzeli na nią obaj.
  • Ten jeden raz – zdecydował wreszcie Korycki. – Wesołych Świąt, wy…
    Nie dokończył. Machnął ręką.
  • Natychmiast pastuszy spieszą z całej duszy! – zawołał wesoło Strzelbicki i zabrał się do roboty, obdarowując Mariolkę prezentami jak tylko najpiękniej potrafił. A ona odpłaciła mu się tym samym.

Jeszcze schodząc po schodach Strzelbicki słyszał, jak sobie wspólnie kolędowali.

Świat Kresu i tego, co nastąpiło po nim. Rzeczywistość Pokoju Światów.

%d blogerów lubi to: